deviant art





Login
Join deviantART for FREE Take the Tour Lost Password?
Deviant Login
Shop
 Join deviantART for FREE Take the Tour
[x]

More from ~DB-FS

Featured in Groups:

Details

January 30, 2010
15.8 KB
Link
Thumb

Statistics

Comments: 0
Favourites: 0
Views: 212 (0 today)
Downloads: 6 (0 today)
[x]

13- Kobieta zmienna jest...

by ~DB-FS

Na planecie Hort nasi przyjaciele zaznajomili się już z miejscem, w którym przyjdzie im żyć i trenować. Cały czas mają jednak problem z przystosowaniem się do specyficznej osobowości swego trenera. Póki co, liczba pytań, na które nie znają odpowiedzi, stale się powiększa. Bardzo dobrymi okazjami do wyjaśniania wątpliwości są wspólne posiłki. Możemy sobie wyobrazić w jaki sposób one wyglądają- lodówka ulega pustoszeniu. Po pierwszym posiłku zjedzonym wspólnie z Kuurą, Gohan postanowił dowiedzieć się tego i owego o sposobie życia na Hort.
-Mistrzu, mogę zadać pytanie?- zaczął nieśmiało.
-Właśnie zadałeś. Jak rozumiem chciałbyś zadać kolejne?- odparł Kuura sztywnym głosem.
-T-tak. Tak sądzę.- odpowiedział nieśmiało Son Gohan.
-Mianowicie, intryguje mnie to, skąd masz te cale jedzenie? Nie wmówisz mi chyba, że jesteś farmerem?
-Wow! Błysnąłeś!- powiedział trener z dozą ironii w głosie.
-Tak, masz rację. Wszystko, co tu posiadam, włącznie z jedzeniem, wszystkimi łóżkami, z moim ubraniem, włącznie z całym tym budynkiem pochodzi z grabieży.
-Włącznie z Senzu?
-Nie, to jest akurat nieco inna historia. Pewien mój znajomy, Saiyajin imieniem Purugos, został wyznaczony do podboju planety Karin. Jej ludność uprawiała dziwne rośliny, które po przeżuciu i połknięciu po zwalały na błyskawiczne odzyskanie sił. Gdy udało mi się przejąć kontrolę nad centrum łączności tej bazy, poprosiłem go, by przysłał mi te rośliny, zachowując oczywiście ścisła tajemnicę przed dowództwem. Tak czy inaczej, cała reszta pochodziła z rabunku. Pojawiwszy się na Hort nie miałem za bardzo innego wyjścia. Jak zauważyłeś, w warunkach walki z androidami uprawa jakichkolwiek roślin, a nawet jakiekolwiek polowanie byłoby całkowicie niemożliwe. I wtedy okazało się, że mam szczęście. W końcu Hort była planetą niegdyś zamieszkałą- przecież to ja ją podbiłem. A skoro była zamieszkana, to ludność ją zamieszkująca musiała gdzieś spać, coś jeść, w coś się ubierać. Androidy tego wszystkiego nie potrzebowały. Wystarczyło więc odbić z ich rąk łóżka, lodówkę i garderobę. Wszystko to znalazłem tutaj, w tej bazie. Kolejnym faktem, który mi sprzyjał, było to, że niektóre androidy byłe wyspecjalizowane do produkcji żywności. Nie wiem w jakim celu (androidy chyba nie potrzebują jedzenia), ale pozwoliło mi to na regularne zaopatrywanie się w jedzenie.
-Zaraz, zaraz. Czegoś tu nie rozumiem!- wtrącił się Trunks.
-Jeżeli byłeś na tyle silny, żeby odbić z rąk androidów tą bazę i ogólnie regularnie ich gromić, to dlaczego nie pokonałeś wszystkich i nie opuściłeś tej planety?
-Ha! I tutaj zaczynają się schody!- odparł Kuura.
-Mianowicie, mimo pokonywania coraz to większej ilości tych potworków, nie ubywało ich. A to oznacza tylko jedno- gdzieś na tej planecie istnieje system zdolny do ich produkcji. Ponadto, w miarę zbliżania się do równika, siła tych blaszaków stale rośnie. Zaraz, a co to?- przerwał nagle Kuura spoglądając na podłogę pełną okruszków po zjedzonym posiłku, między którymi pojawiały się gdzieniegdzie tłuste plamy.
-Ja was nauczę szacunku do porządku!- zaczął krzyczeć głośno wbiegając do jakiegoś pomieszczenia, do którego drzwi znajdowały się nieopodal lodówki. Po chwili wybiegł z niego w gumowych rękawiczkach, trzymając w jednej ręce wiadro z wodą, a drugiej mopa. W zębach ściskał cztery szczoteczki do zębów.
-Macie to wyczyścić! Zrozumiano?! Jak skończycie, ma być tak, żebym mógł się przejrzeć w tej podłodze!- rozkazał im, a oni chcąc, nie chcąc musieli wysłuchać jego poleceń. Pracowali bardzo energicznie, a gdy już skończyli, Kuura przyklęknął na podłodze, a następnie przejechał po niej palcem wskazującym. Na gumie nie pozostał żaden ślad. Trener spojrzał na podłogę, w której zobaczył własne odbicie. Na jego twarzy automatycznie pojawił się uśmiech...

Przenieśmy się na chwile na Ziemię.

-Haha! Widzisz? Jesteś kosmitą! Jesteś cholernym kosmitą!- nabijał się z Karina Yajirobe.
-Zamknij się! To wcale nie jest śmieszne!- odgryzał się mistrz wieży.
-Dachowiec jest kosmitą! Dachowiec jest kosmitą!
-Wypraszam sobie dachowca!- zdenerwował się mistrz i uderzył Yajirobe swoją laską po głowie.
-Co to miało być? Jeszcze raz mnie uderzysz, a wyrzucę wszystkie Senzu jakie masz!- groził mu (co by nie było) jego gość. Potrząsał przy tym jedną z sakiewek.
-Tak. Uważaj, bo uwierzę, że to zrobisz!
-W sumie, masz rację. To nie brzmi zbyt wiarygodnie!- powiedziawszy to, otworzył sakwę i wsypał sobie do gardła całą jej zawartość.
-Jak mogłeś? Wstrętny grubas!- na te słowo Yajirobe poczerwieniał ze wstydu połączonego ze zdenerwowaniem. Miał już wybuchnąć gniewem, gdy Karin przeszkodził mu mówiąc:
-Nieważne. Jestem kosmitą jedynie z duszy. Ciało faktycznie zostało wzięte od ziemskiego kota, ale dusza pochodzi z Karin.- usłyszawszy to, Yajirobe stanął jak wryty. Sprawiał wrażenie, jakby jakakolwiek życiowa logika przestała istnieć.
-Przy ewakuacji planety moi przodkowie byli naprawdę bardzo zdesperowani. Nie znaleźli innego ciała zastępczego.- tłumaczył się Karin drapiąc się po głowie, a na jego twarzy pojawił się rumieniec.
-Czy więc taki kot był w stanie wybudować taką wieżę?- pytał dociekliwie Yaji.
-A sprawiam wrażenie takiego, co byłby w stanie to zrobić?- zapytał retorycznie mistrz.
-Miałem po prostu szczęście. Ludzie żyjący niegdyś na tych terenach czcili koty. Gdy spotkali gadający egzemplarz, stwierdzili, że było to objawienie ich najwyższego boga w czternastej reinkarnacji ( co po części jest nieco prawdą, skoro udało mi się zmienić ciało), w której to osiągnął on po raz pierwszy stan nirwany. Zbudowali oni na jego cześć wielką wierzę, dzięki której mogli by zapewnić swojemu guru dostęp do niebiańskich rozkoszy, tak, aby nie musiał on się zajmować troskami doczesnego życia. By to uczynić, użyli specjalnego kamienia, który powiększa swój rozmiar raz na sto lat.
-Yyy... za bardzo nie zrozumiałem środkowej części twojego monologu, ale chyba nie była zbyt ważna.- wtrącił w trącił żarłok w swoim stylu. Spowodował wyjątkowo mocne uczucie bezsilności u Karina.
-Rozumiem, że początkowo poszczególne człony tej wieży były znacznie mniejsze?- dodał po chwili, dłubiąc przy tym w nosie. Kocur westchnął. Było mu już wszystko jedno i postanowił odpowiedzieć na pytanie chamsko zachowującego się dzikusa.
-Owszem. Były grubości małego palca. Największą zagadką jest w tym wszystkim to jak pojawiły się na tych kolumnach obrazki... Niepokoi mnie to już od bardzo dawna. Wiążę się to też z pewną legendą, która mówi, że koniec świata nastąpi w momencie, gdy ludzie zbudują budowlę sięgającą do rajskiego pałacu.
-Eee tam! Brednie!- stwierdził jednoznacznie prymitywne człowiek.
-Bardziej interesuje mnie co innego. Jak taki kot mógł przeżyć tyle lat?
-Proste. Kot zmarł już dawno, ale znajduje się w nim moja dusza, która utrzymuje życie w jego ciele.- nim mistrz skończył tłumaczenie wspomnianego zjawiska, Yajirobe zbladł ze strachu, następnie wyjął z kieszeni wewnętrznej swojego ubrania krzyż i kierując go w stronę Karina zaczął głośno krzyczeć:
-Zombie! Zombie!
Chyba domyślacie się jaka była reakcja Karina. Dla wątpiących podpowiem, że ma to związek z laską i bólem głowy.

A w górach Paozu...

-Cholerny Goku! Znowu mnie zostawił i poleciał na wyprawę po wszechświecie na niby jakiś tam "trening". No dobrze. Jego brak już bym nawet ścierpiała, ale że obaj moi synowie również mnie opuścili? Jestem co prawda silną kobietą ale bez przesady?- mówiła (sama do siebie) Chi-Chi, nie zważając przy tym na fakt, że z garnka w którym gotowała zupę ubyła już połowa zawartości (w skutek nadmiernego rozgotowania).
-Dobrze, że mam ciebie, Pan. Pan?- ale jej wnuczki już za nią nie było. Mocno zdenerwowana, postanowiła polatać sobie po okolicy.
-Szlag by was trafił!- mówiła sobie w myślach.
-Kiedy w końcu zaczniecie mnie traktować jako pełnoprawnego wojownika? Kiedy zakończy się okres traktowania mnie jako małej bezbronnej dziewczynki? Ile jeszcze upokorzeń muszę znieść?- Pan postanowiła zatrzymać się na chwilę. Usiadła na sporym kamieniu, zakryła twarz i gorzko się rozpłakała.
-Dlaczego płaczesz, młoda damo?- usłyszała głos za swoimi plecami. Obróciła się i zobaczyła rolnika. Widać było, że jest to człowiek starej daty. Jego twarz pokrywały liczne zmarszczki, głowę okrywał stary słomiany kapelusz, spod którego wyłaniały się kompletnie siwe, wręcz białe włosy. W jednej ręce trzymał widły, a w drugiej sierp. Świadczyło to o jego zamiłowaniu do natury i stosowaniu tradycyjnych metod uprawy.
-Trudno to wytłumaczyć. Za pewne nie zrozumie pan mojej sytuacji.- powiedziała Pan z dozą pesymizmu w głosie.
-Fakt. Różnica pokoleń robi swoje.- stwierdził staruszek.
-Ale nigdy nie wiesz dopóki nie spróbujesz. Chodź ze mną. Wypijmy razem herbatę!- zaproponował starszy pan, wyciągając ochoczo rękę w kierunku młodej wojowniczki.
-Dobrze.- zgodziła się Pan. Przeszli jakieś 100 metrów polną drogą, biegnącą wzdłuż rozciągających się na ogromnych powierzchniach upraw. Zboża było tak dużo i zasiane było tak gęsto, że obserwując jego kłosy z daleka miało się wrażenie dywanu. Po przejściu tych 100 metrów oczom Pan ukazał się niewielki drewniany domek przykryty strzechą. Rolnik pociągnął za klamkę od drzwi, które otworzyły się, skrzypiąc przy tym niemiłosiernie.
-Zapraszam!- wskazał drogę wewnątrz gospody. Wykończenie jej było bardzo skromne. Jedynymi ozdobami były przyczepione tu i ówdzie do ścian zioła. Pan miała wrażenie, jakby była na dożynkach. Nad piecykiem kaflowym wisiał czarno-biały obraz młodego małżeństwa. Rolnik zdjął kapelusz i odłożył go na miejsce. Następnie zaparzył herbatę i podał Pan w dosyć wymyślnej szklance.
-A więc jaki jest twój problem, dziecino?- zapytał dziadek siadając o stołu.
-Przeżywam ostatnio kryzys. Mam wrażenie, że nie jestem nikomu potrzebna.- żaliła się.
-Co więcej, moi krewni mnie ignorują, uznają za bezbronną dziewczynkę, o którą trzeba zadbać. Tymczasem ja umiem zadbać o siebie. Oni jednak mnie nie doceniają. Cały czas mówią: "Nie wolno ci! Jesteś jeszcze za mała. Nie powinnaś z nami iść." A przecież wiem, że oni sami w moim wieku wykonywali wszystkie te rzeczy, których mi teraz zabraniają. To nie jest sprawiedliwe.
-Prawda. Ale przyzwyczaj się, że sprawiedliwości na tym świecie nie znajdziesz.- mówił starzec, a z jego ust zdawała się płynąc pełnie jego życiowego doświadczenia.
-Poza tym, nigdy nie rozważałaś, by pokazać im, że jest inaczej niż myślą?- dodał rolnik, biorąc po chwili dłuższy haust herbaty.
-Poza tym, zdaje mi się, że brak ci oparci z innego źródła niż rodzina. Znajdź sobie dobrego przyjaciela.
-Wie pan co? Ma pan rację w całej rozciągłości.- stwierdziła młoda dziewczyna.
-Czas pokazać światu, że mam wszystkich gdzieś! Czas pokazać na co mnie stać! Czas udowodnić tym przemądrzałym facetom, że też potrafię! Dziękuję panu bardzo!- powiedziawszy to, wybiegła z domu i odleciała w stronę zachodzącego słońca.
-Ach... Ta zmienność młodego pokolenia. Poza tym, to dziewczyna. A jak mówią: "Kobieta zmienną jest..."

A na Hort. nasi przyjaciele biegają ze znacznym obciążeniem, w bardzo niewygodnym ubraniu.

-Po co to wszystko?- pytał Gohana Trunks.
-Oczywiste! Żeby nam życie utrudnić!- odparł starszy z przyjaciół.
-Panienki! To nie czas Ne pogawędki!- uspokajał ich Kuura.
-Jak macie czas żeby gadać, to będziecie śpiewać!
-O nie! Znowu?- użalał się Goten.
-Zaczynamy! Biegnę lasem, biegnę znów.- zaczął Kuura na charakterystyczny wojskowy rytm.
-by skopać androidów!- odpowiedział Team Z.
-Biegnę łąką poprzez mgły...
-By dorwać androidy!
-Brnę przez bagna stanowczo...
-Pokonam je ochoczo
-Rozbiję ich w drobny mak...
-Androidów tutaj, tak!
-Ile dróg przede mną...
-Pokonam je z pewnością!
-Potem wrócę do domu...
-Z raptownością jak gromu!
-Najem się do syta...
-Pan Kuura zapyta:
-Ilu dziś rozgromiłeś?
-Tyle żarła dostaniesz!
-Rozbiłem ja ich wiele,
-Tak jak ci przyjaciele!
No comments have been added yet.

:icon:
Add a Comment: